Dom wszystkich snów - Wojciech Gunia

Dom wszystkich snów – Wojciech Gunia

Rodzimy się w nim i w nim zamykamy oczy. W jego długich, wąskich korytarzach i pustych pokojach rozgrywa się to, czego doświadczamy między jedną a drugą nicością. W nim prowadzimy walkę i w nim zostajemy pokonani. Stawiamy pytania lub poszukujemy odpowiedzi. Kto go wzniósł? Kto nas do niego sprowadził?

Jest ogromy, być może większy niż świat, a my, z góry skazani na błądzenie, nigdy nie poznamy jego planów.

Trzynaście historii, jedna opowieść.
„Dom wszystkich snów”
książka – labirynt, książka – zagadka.

Gęsta, sensualna proza, nad którą unoszą się duchy Schulza i Truchanowskiego. Ale czytelne inspiracje są tu jedynie punktem wyjścia do dalszych poszukiwań, dalszej podróży w mrok rozłażącej się w szwach rzeczywistości. Te znakomite i mocno niepokojące teksty dotykają najgłębszych lęków. Wydobywają na powierzchnię świadomości to, o czym na co dzień nie chcemy myśleć. Przerażającą złożoność życia, z jego nieludzką geometrią i to, że na końcu czeka na nas bezduszna zębata machina, na którą z braku lepszych słów mówimy: śmierć. Trudno się oderwać od tych fascynujących ponurości.
Paweł Matuszek, autor powieści Kamienna Ćma i Onikromos,
ex redaktor naczelny „NF”, miłośnik dziwnych książek.

Poznaj tajemnicę Domu wszystkich snów!

Informacje o książce

Rok I wydania: 2020
Format: 14×20.5 cm
Okładka: twarda
Liczba stron: 500

druk ISBN 978-83-7995-375-2
ebook ISBN 978-83-7995-376-9

Ceny sugerowane:
książka: 49,99 zł
ebook:34,99 zł

Gdzie kupić?
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo

Fragment

W oczekiwaniu na powrót morza

Kiedy pokazuje mi szkielety statków, te bezwonne truchła (wyobrażam sobie zwietrzały zapach mazutu i skorodowanego metalu), straszące żebrami wręg ciemniejących w dziurach w skórze blachy, mówi tylko, że być może nie da się już nigdy zebrać wystarczającej ilości surowca, by je naprawić. A potem podnosi strzęp przerdzewiałego metalu, który od poszycia pobliskiego olbrzyma musiał oderwać wyjątkowo mocny wiatr, jaki czasami nas nawiedza. Materiał kruszy się w jego palcach, osypuje czerwonym pyłem na szarą, twardą ziemię. Mówi, że za jakiś czas właśnie tak w proch obrócą się te martwe olbrzymy. Ale zanim to się stanie, zanim przyroda wchłonie wraki, zanim spowoduje, że stracą kształt i nie będzie dało się w nich rozpoznać tego, czym były kiedyś, czym je stworzono, nas już dawno nie będzie. Odpowiadam, że to nie ma żadnego znaczenia, bo jeśli nas nie będzie, nie będzie też nikogo, kto mógłby powiedzieć, czym były; nie będzie nikogo, kto mógłby stwierdzić tę utratę kształtu. Mówię, że to, czym zostały stworzone, ma znaczenie tylko dla nas i to znaczenie zniknie razem z nami.
– Statek – mówi. – Sta-tek. S t a t e k – powtarza dobitnie, tak, jakby smakował każdą sylabę, każdą głoskę.
Nie mogę o tym myśleć bez czegoś pomiędzy politowaniem a tkliwością. Słowo przyszło z nami i choć odnosimy je do przedmiotu poza nami samymi, funkcjonuje wyłącznie w nas. Jak lepki język, którym jaszczurka chwyta owady. Dla równiny pod naszymi stopami nie istnieje ani statek, ani nawet jakiś obiekt, a nawet sama równina. Przeczytałam kiedyś w jakiejś książce słowo „ancestralne”, nazywające stan rzeczy zanim pojawił się ktokolwiek, kto mógł o nich pomyśleć i pomyśleć o tym, że o nich myśli. A jakie będzie – byłoby – słowo określające to, co zostanie już po tym, jak znikną ci, którzy o nich myślą i myślą o tym myśleniu?
Oddycham, biorę głęboki wdech, zastanawiając się, czy w powietrzu zachowało się choć trochę zapachu niegdysiejszego morza.
Ale skąd mogłabym to wiedzieć? Urodziłam się już długo po tym, jak go zabrakło. Słowo “morze” znaczy zatem dla mnie coś innego niż dla niego, który jeszcze je pamięta. Dla mnie pojęcie “morze” oznacza pustą przestrzeń powstałą po czymś, co niegdyś ją wypełniało; oznacza dla mnie wielką nieobecność czegoś, czego nie znam, w najlepszym przypadku wyobrażenie ulepione z cudzych słów. Natomiast dla niego “morze” to nie pustka po niewiadomym, ale tekstura, smak i zapach, kolor i ciężar, wciąż istniejące w obrazie świata niczym fantomowy ból w dawno odjętej kończynie, jak wspomnienie wszystkiego, co czyniło się nieobecną kończyną, jak wspomnienie wszystkiego, z czym miała ona kontakt.
Mówi mi, że mieliśmy odpłynąć, że te statki zbudowano z jakiegoś powodu. Mieliśmy zostawić to miejsce i wyruszyć w podróż. A może mieliśmy tylko lepiej poznać nasze otoczenie, rozszerzyć nieco swój świat. Sam już nie pamięta, podobno w czasach, gdy planowano wyprawę, ścierały się różne stanowiska i koncepcje. A potem zabrakło podstawowej rzeczy: morza. Tak, jakby zirytowane toczącymi się kłótniami odmówiło współudziału w realizacji naszych zamierzeń, jakiekolwiek by one nie były. Odeszło, zniecierpliwione brakiem urzeczywistnienia niektórych pomysłów albo oburzone charakterem innych.
Lubimy myśleć w ten sposób, ponieważ dzięki temu spada z nas choć część poczucia winy. Wprawdzie niezupełnie jestem przekonana, czy można mówić o czymś takim jak wina. Niespełnienie, zawód, rozczarowanie nie muszą oznaczać winy. Winą może być coś, co się zdarzyło, ale czy może być nią coś, co się nie wydarzyło, co nie zaistniało? Czy można mówić o winie zaniechania, jeśli okoliczności nas ubiegły? O winie ślamazarności? Czy gdybyśmy działali inaczej, to czy nie spadłoby na nas odium winy pośpiechu albo lekkomyślności? Czy człowiek jest winny kiedykolwiek, jeśli winny jest zawsze?
Próbowałam zrekonstruować historię odejścia morza, ale to zupełnie daremne. On sam, kiedy wskazuje na wraki i, opowiadając o nich, przechodzi do opowieści o kataklizmie, mówi mi rzeczy zupełnie sprzeczne.
W tych historiach morze raz znika z dnia na dzień, zostawiając za sobą wielki spłacheć wilgotnego mułu, w którym drgają umierające ryby, raz oddala się od nas niemal niezauważalnie, centymetr po centymetrze; tak ślamazarnie, że na przestrzeni lat znaczy swoje odejście szlakiem błotnistych kałuż, powoli zanikających na coraz bardziej spękanej pustaci. Tak samo opowiadają o tym ostatni mieszkańcy osady, nawet moi rodzice. Myślę wówczas, że te sprzeczności są owocem buntu, tak jakby postanowili powiedzieć głośne “nie” prawdziwemu przebiegowi zdarzeń, który być może wydał im się okrutny, niesprawiedliwy i bezsensowny. Tak, jakby zmyślenie mogło stanowić akt buntu, a kłamstwo moralną zemstę na prawdzie, która nie powinna nigdy być prawdą.
Nie mogę zdecydować się, czy o odejściu morza myśleć jako o apokalipsie, czy jako o zjawisku kosmogonicznym. Dla ludzi, których życie rozciąga się pomiędzy obecnością morza a jego brakiem, odruchowe jest zapewne myślenie o czasie obecnym jak o czasie po końcu świata. Oglądają spustoszony, szary krajobraz pełen rozpadających się łodzi, oglądają stapiające się z nim na dalekim horyzoncie szare niebo i przytłacza ich brak oraz pamięć. Ale ja uczyłam się funkcjonować według reguł, które nastały już po odejściu morza; moja egzystencja została ukształtowana właśnie poprzez jego odejście, więc gdybym miała wskazać na punkt początkowy dla świata, byłoby nim zapewne to, co dla nielicznych osób z mojej społeczności było jego końcem. Być może ten dylemat jest bezzasadny i jestem pogrobowcem dawnego porządku, może przynależę jeszcze niego i jeżeli zasady, które aktualnie obowiązują powstały w odniesieniu do braku morza, to wciąż jest ono tym, co decyduje o kształcie rzeczywistości – tylko że poprzez swoją nieobecność. Nie potrafię tego rozstrzygnąć i kiedy pytam mojego towarzysza o to, kim według niego jestem, on jedynie spuszcza wzrok i wierci nerwowo stopą w wyschniętym dnie.
– Jesteś – mówi po chwili – czymś innym. Ale nie obcym. Czasami mam wrażenie, że nas nie rozumiesz. A może to my nie rozumiemy ciebie. Spoglądasz na równinę i wraki z obojętnością. Gdyby morze wróciło, byłaby to dla ciebie rewolucja, dla nas powrót do normalności. Znasz tę równinę na wylot, uczyłaś się jej pyłu, jej nowej skromnej fauny i flory, jej kolor odbija się w twoich oczach bez żadnej tinty melancholii. Gdyby woda wróciła, twój świat by się skończył. Pewnie przystosowałabyś się do nowych-starych reguł. Jesteś młoda, o wiele młodsza niż byliśmy my, gdy morze odeszło. Szybko stałabyś się taka, jak my. Ale nic tego nie zapowiada. Jeżeli każdy z nas żyje z jakimś odczuciem perspektywy, to nasza jest skierowana coraz bardziej wstecz, twoja naprzód.
Gładzi mnie po głowie, jego dłoń jest szorstka i twarda.
– Tam rozpadają się nasze marzenia, nie twoje – mówi cicho, wskazując na wraki.
Pamiętam, że kiedy byłam mała, oglądałam z krawędzi klifu ponad równiną długie szeregi ludzi, ciągnących przed siebie. Mówiono, że szli szukać morza i błagać je o powrót. Mówiono także, że szli szukać morza i tam się osiedlić, przenieść tam nasz świat. Znikali gdzieś w końcu, stawali się maleńcy, wchłaniała ich szarość równiny i nie oddawała już nigdy. Do dziś trwają spory, czy odnaleźli morze i osiedli przy jego brzegu, czy powoli, wykruszając się jeden po drugim, docierali do jakiegoś punktu, powtarzając los wysychającej kropli, staczającej się po zbyt wysokiej ścianie. Jeżeli odnaleźli morze, to dlaczego nikt nie wrócił, by podzielić się dobrą nowiną? Czy to kara za wątpienie tych, którzy nie chcieli iść? Milczenie pełne poczucia wyższości wobec tych, którzy się pomylili, którzy nie mieli dość wiary?
Musimy więc wybierać między przeświadczeniem, że te karawany kończyły tragicznie a poczuciem niższości. Tym samym musimy dokonać wyboru między rozpaczą utraty a nadzieją, że istnieje gdzieś morze, do którego można dążyć. Ani zostać, ani iść; ani wątpić, ani wierzyć.
Czasami śni mi się, że morze wraca. Jednolita szarość nieba nad wyschniętym dnem pogłębia się, po jakimś czasie wyrzynają się z niej nieregularne kształty, które rozpoznaję jako deszczowe chmury, zniżające się ku nam, jakby ściągane w dół swoim ciężarem. A potem zaczyna padać deszcz. Zrazu pojedyncze, wielkie krople rozbijają się o suchą ziemię, roztrzaskując kruchą, spieczoną warstwę pyłu. Coraz gęściej i gęściej, powoli zabarwiają piaskową szarość ziemi wykwitami ciemnych plam. Wraz z ziemią coraz bardziej ciemnieje niebo, a z oddali zaczyna dobiegać mnie szum. Po chwili dopiero uzmysławiam sobie, że to rozlewająca się powoli fala brudnej, ciemnej wody, która wdziera się w równinę, pochłania ją metr za metrem, pokrywając ciemną, czarną warstewką, pęczniejącą z każdą kolejną kroplą.
Spoglądam na tę scenę z pomieszanymi uczuciami trwogi i ekscytacji, wywołanych przez dziką radość mieszkańców osady. Tańczą, dziękczynią, krzyczą, drepczą we podnoszącej się wodzie, brodzą w niej, piją, tarzają się, jakby coraz bardziej zapominali, że są ludźmi, jakby obecność wody pozwoliła im przełamać wewnętrzne bariery, jakby od zawsze pragnęli stać się istotami zjednoczonymi z morzem i tylko wyjątkowo niepomyślne okoliczności sprawiły, że przybrali inną – ludzką – postać.
Sen urywa się zawsze w tej tym momencie ekstatycznego tańca, w którym powoli zdają się gubić, zanikać, przeobrażać – a może rozpuszczać, rozcieńczać – te ludzkie formy. Urywa się, jakby karmiona nocą wyobraźnia mówiła mi: „Dosyć!”. Wyobrażam sobie, że nawet ona może czuć się znużona sama sobą, nie daje rady, nie wytrzymuje. Tak, jakby chciała mi powiedzieć, że czegokolwiek chcę doświadczyć, muszę doświadczać świadomie, na jawie, kontrolując pracę swojego umysłu, nie zostawiając go samopas, bo wówczas może pokazać mi rzeczy, których nigdy nie chciałabym oglądać, a o których będę wiedzieć – będę musiała wiedzieć – że pochodzą ze mnie samej, z mojego wnętrza, z trzewi i kości. Co wtedy pocznę, co zrobię, gdy przekonam się, że to, czego nie chcę doświadczać, bierze się ze mnie? Co się stanie, jeśli sen przeobrazi się w koszmar, a ja będę wiedzieć, że ten koszmar to ja sama, zwierciadło wytopione z niczego innego jak z czarnej materii mojego własnego wnętrza?
Kiedy nawiedzają mnie sny o powrocie morza, idę do tego, który je pamięta. Pytam o ich znaczenie, czy może być w nich coś proroczego, czy obraz morza jako wzbierającej fali połyskliwej czerni, niosącej chłód, jest choć trochę prawdziwy – czy ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Ale on nie wie, posyła mi dziwne spojrzenia, jakby coś w moich słowach go bardzo bawiło albo wprawiało w zakłopotanie. Wstydzi się okazać mi to rozbawienie, tak jak nie okazujemy go dziecku, które plecie entuzjastycznie bzdury, składając sobie pierwsze obrazy świata i wyciągając z nich swoje pierwsze wnioski.
– To tylko sen – mówi. – Skąd twoja głowa miałaby wiedzieć, jak wygląda nadejście fali, narodziny morza?
Odpowiadam, że w ciągu całej historii świata morza rodziły się i umierały niezliczoną ilość razy, więc może gdzieś głęboko we mnie, tak jak zresztą w każdym z nas, jest jakiś ślad pamięci Ziemi, jakieś ukryte znamię odciśnięte w gęsto splątanych łańcuchach genów?
– Czy te sny mogły by być prorocze? – ponawiam pytanie, gdy on ogląda kolejny kawałek blachy, odłamany od jednego z wraków.
– Czyli czy mogłyby dotyczyć tego, co się stanie, tak? – upewnia się.
– Tak.
– Podobno nie ma na świecie żadnej nowej rzeczy, są jedynie te, o których wszyscy już zdążyli zapomnieć. Kiedy śnisz przyszłość, śnisz jedynie to, co zdążyło się wydarzyć na tyle dawno, by nikt o tym nie pamiętał.
W tym jest – jak podejrzewam – źródło jego spokoju. Być może wie, że doświadczy morza jeszcze nieskończoną ilość razy. Doświadczy zdumienia morzem jako dziecko, doświadczy jego śmierci jako dorosły i doświadczy tęsknoty i nadziei jako starzec. Moje sny są tylko snami. I choćbym próbowała wierzyć w pamięć świata, która wniknęła także we mnie, muszę przede wszystkim wiedzieć, a nie wierzyć, że sny to jedynie zdeformowane wyobrażenia, gra karmiącej się bodźcami wyobraźni i pamięci uprawiającej sztukę kolażu. Nic ponadto. Jakichkolwiek nadziei czy wspomnień nie przyniosłyby moje słowa, są to tylko moje słowa i rezonans, który w wzbudzają w moim starym towarzyszu. Reakcja niezależna od żadnego z nas.
A jednak nie potrafię uwolnić się od obrazów ludzi odchodzących w dal, ku nieobecnemu morzu i nie potrafię też uwolnić się od obrazów ludzi, którzy próbują porzucić swoją formę, widząc powrót wody. Trzymają mnie z jednakową siłą i wspomnienia, i sen. Ale czy wspomnienia i sen czymkolwiek się od siebie różnią, czy wspomnienia nie są formą snu? A zatem nie potrafię się uwolnić od snów, skoncentrowanych wokół morza, wokół jego nieobecności albo jego apokaliptycznego powrotu.
Z tego też powodu nigdy nie odważyłam się wyruszyć dalej w równinę. Wiele razy pojawiała się we mnie myśl, aby spakować plecak i ruszyć przed siebie, aby zobaczyć, gdzie kończy się wyschnięte dno. Jednak zbyt przeraża mnie myśl, że ono – morze – tam gdzieś jest i czeka, by wypełznąć z ukrycia; nie zdążę wtedy wrócić. Choćbym nie wiem, jak mocno ganiła się za absurdalność tej myśli – za to, że daję się sterroryzować czemuś, czego nie ma – nie potrafię jej pokonać. Kiedy w domu kładę się spać i przed zaśnięciem wpatruję się w okno otwarte na ciemny, pusty bezmiar, kiedy wciągam w płuca nocne powietrze pachnące nieobecnością morza, kiedy nie mogę spać i staję w oknie i wypatruję, obejmując spojrzeniem niekończącą się ostrą linię wielkiego klifu niczym monstrualnej krawędzi osuszonego basenu, wzbiera we mnie poczucie, że powrót morza jest czymś więcej niż możliwością. Jest konieczny, albowiem wszystko w formie świata zdaje się wręcz nienaturalne, przetrącone u samych podstaw przez ten jeden brak.
Nigdy nie widziałam morza, ale jego brak odczuwam jako coś przerażającego zarówno przez ogrom nieobecności, ale i przerażającego przez to, jak całkowicie określił przestrzeń i prawa mojego funkcjonowania. W takich chwilach przytłaczającego przerażenia widokiem bezkresnej pustaci rozciągającej się za wysokim, ostrym klifem wzmaga we mnie uczucie, że prawdziwa boskość tworzy i modeluje nawet po swojej śmierci. Wpływa nawet poprzez swoją śmierć, oddziałuje mimo tego, że jej nie ma – i właśnie dlatego jest boskością, ponieważ jej niebyt waży tyle samo co byt. Jak czarna dziura, o której mi opowiadał ten, co pamięta morze, jak osobliwość – punkt o nieskończenie wielkiej grawitacji. Coś, czego nie ma, a wokół czego obracają się niezliczone światy.
Lubię spoglądać w słońce zachodzące nad równiną i wsłuchiwać się w szum wiatru, który nad jej ziemią rozpędza się do niesamowitych prędkości. Wyobrażam sobie wówczas, że te skorodowane giganty ze stali, którymi kiedyś mieliśmy dokądś popłynąć, są wobec tego wiatru jak palące się papierowe łódeczki, które prądom powietrza oddają czarną materię ze swoich tlących się kadłubów. To wyobrażenie nie przeraża mnie, wprost przeciwnie – w jakiś sposób uspokaja. Pustynny wicher nie przynosi żadnych zapachów, wznieca jedynie unoszące się ponad klif tumany pyłu, którymi chłoszcze okna i zabarwia nasze domy na kolor równiny oraz nieba nad nią. Tak stajemy się coraz bardziej częścią świata nieobecności morza.
A więc pokazuje mi wraki dawnych statków i mówi, że nigdy nie będziemy w stanie ich naprawić. Nie wytopimy już tyle stali. Kładę dłoń na jego chudym, kruchym ze starości ramieniu i mówię, że przyroda w ten sposób oszczędza nam rozczarowania. Przecież te statki nigdy by nie odpłynęły, skoro morze nie wróci. Jeśli wróci – to dlaczego mielibyśmy rozpoczynać jakikolwiek exodus? Zbudowaliśmy te wielkie pomniki klęski w kaprysie przezwyciężenia morza, ale morze pokazało nam, że nawet w swojej nieobecności jest niezwyciężone. Jeśli kiedykolwiek by wróciło, musielibyśmy nauczyć się znów żyć obok niego. Potem pytam:
– Dokąd mieliśmy odpłynąć? Po co?
Kiedy mówi, że w poszukiwaniu lepszego świata, parskam śmiechem i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z niestosowności tej reakcji. Więc tłumaczę:
– Lepszego świata nie było, nie ma i nie będzie. Nie ma sensu nigdzie uciekać. Przeniesiesz się o kilka kilometrów dalej, ale to wciąż będzie miejsce rządzone tymi samymi prawami. Dokąd byś nie poszedł, spotkasz wciąż te same prawa. Prawo morza albo prawo nieobecności morza, które są dwoma stronami jednej monety. Miejsce, z którego nie można odejść – a z tego świata nie można odejść ku żadnemu lepszemu – jest więzieniem. Jeżeli nie możesz skądś odejść, to jest to więzienie.
– Nie przeszkadza ci, że żyjesz w więzieniu?
Wzruszam ramionami i spoglądam na równinę.
– To nie ma znaczenia.
Świat jest więzieniem, nie można z niego odejść ku żadnemu lepszemu miejscu, ale – mówię mu, kiedy dostrzegam, że moje słowa go zraniły – być może nie w tym rzecz, aby próbować uciekać.
– Pragnęliście odejść, chcieliście szukać. Gdyby się to udało, gdyby te kolosy wypłynęły, gdyby te arki ruszyły, napędzane ropą, żaglami i waszym pragnieniem, gdybyście znaleźli nowe miejsce i w nim rozpoczęli wszystko od nowa, to… Jak uważasz, ile czasu by upłynęło, zanim opadłby na was ten kir smutku, ta żałość zniewolenia? Jak szybko znów zapragnęlibyście się wyrwać gdzieś dalej? I co by się stało, gdybyście po przeżyciu iluś tam cykli poszukiwań, stabilizacji i buntu odkryli, że zatoczyliście koło i dotarliście do miejsca, z którego rozpoczęliście podróż? Gdybyście uznali je za miejsce szczęśliwe, wymarzone, Ziemię obiecaną? Sam mówisz: nie ma rzeczy nowych. Są tylko te, o których zdążyliśmy zapomnieć.
– Do czego zmierzasz?
– Morze uczy nas… Nauczyło mnie… – mówię wolno, ważąc słowa. – Nauczyło, że można pokochać własne więzienie. Tak zwróciło mi wolność.
Wiem, że nie zgodzi się ze mną. Gdyby się zgodził, nigdy by tego nie przyznał. Musiałby przyznać tym samym, że morze, odchodząc, obdarowało go czymś najcenniejszym. A przecież, kiedy pokazuje mi wraki, mówi, że tam rozpadają się jego marzenia. Korodują powoli, odsłaniając swoje wnętrze, tak jakby każdy dzień miał być wnikliwą lekcją anatomii przegranej sprawy. Patrzę na jego twarz. Na głębokie bruzdy, czarne, głębokie kaniony. Srebrzysty zarost, duży, bulwiasty nos. Blisko osadzone, szkliste oczy. Cienkie wargi w szerokich ustach. Opowiedziały mi tyle rzeczy – przekazały tyle faktów, tyle idei, tylko po to, abym stworzyła sobie z nich zupełnie inny świat niż oni. Ma rację: nie jestem jeszcze obca, ale jestem inna. Kocham go, tak jak można kochać inną istotę ludzką. Mimo że go nie rozumiem. Albo wydaje mi się, że rozumiem, i z tym rozumieniem głęboko się nie zgadzam. To nie jest zresztą ważne. Pokazywał mi świat, który sam widział zupełnie inaczej i tak nauczył mnie dostrzegać więcej odcieni. Lub nie dostrzegać, ale po prostu przeczuwać, że mogą być.
Jutro znów tu przyjdziemy. Przyprowadzę go, jego ciało słabnie i potrzebuje mojego wsparcia. Zejdziemy po wysokich schodach wykutych w klifie i pójdziemy powoli przed siebie tam, gdzie spoczywają statki. Oboje jesteśmy satelitami świata morza – on obecności, a ja nieobecności. Wpatrujemy się w różne strony tego świata, ale to wciąż jeden świat. Kiedy on odejdzie, kiedy w końcu wyczerpie się jego energia życiowa i ciało stopi się z równiną wyschniętego morza tak, jak stapiają się wraki statków, będę musiała zachować to spojrzenie na inną stronę. Zapamiętać kilka kadrów, widoków, otoczyć je kokonem pamięci i szacunku. Chociaż tyle mogę dla niego zrobić, nie będąc w stanie tego spojrzenia od niego przejąć.
Jutro znów tu przyjdziemy, będziemy przechadzać się między wielkimi wrakami. Później wpatrzymy się w horyzont, czy gdzieś nad nim nie rozwijają się chmury, czy nie rozciąga się i nie pogrubia czarna kreska, zwiastująca powrót tego, co tak bardzo nas oddziela i tak bardzo spaja.
Jutro znów tu przyjdziemy.

Dom wszystkich snów - Wojciech Gunia